Web 2.0 zmieniło sposób postrzegania sieci. Internet stał się miejscem różnorakiej aktywności, w także obywatelskiej i politycznej. Czy można więc zaryzykować stwierdzenie, że niezależne, wirtualne społeczności, mogą okazać się emanacją idei społeczeństwa obywatelskiego, ujmowanej w wymiarze publicznym?
Społeczeństwo, czy społeczeństwa obywatelskie?
Trudno jest podać jedną i ostateczną definicję społeczeństwa obywatelskiego. Jak to zwykle w nauce bywa, od wielu, wielu lat toczy się w tym temacie ożywiona dyskusja. Pomijając szczegółowość tych rozważań, można przyjąć, że ich wspólną cechą jest zwrócenie uwagi na dobrowolną aktywność reprezentantów społeczeństwa obywatelskiego, opartą o współdziałanie ukierunkowane na realizację wcześniej założonego celu, bez udziału w tym procesie władzy państwowej. Idąc dalej tym tokiem myślenia, logiczne jest, że politycy nie powinni lekceważyć faktu powstawania takich wspólnot. Wynika to z prostego faktu – skoro społeczność może radzić sobie całkiem dobrze sama, to po co jej politycy?
Kontemplujmy ciszę, wyczekując na głosy
Sprawa jest jednak o wiele bardziej skomplikowana. Należy pamiętać, że żyjemy w ustroju demokratycznym, co w konsekwencji wymusza wymianę informacji i komunikację pomiędzy grupami społecznymi, a instytucjami i na odwrót. W pewnym sensie powstające zalążki społeczeństwa obywatelskiego można uznać za specyficzne grupy społeczne, więc prędzej, czy później, nawiązanie relacji między nimi, a politykami wydaje się być nieuniknione. Problem, jaki się przy tej okazji uwidacznia, to niechęć ze strony znacznej części polskich elit politycznych do tego typu kontaktów. W końcu jeśli elita osiągnie poziom normalnych obywateli, w opinii niektórych może stracić
znamiona elitarności. By jednak je stracić, najpierw wypada je mieć.
Takie rozumowanie może prowadzić do wystąpienia wielu komplikacji i nieporozumień. Skoro członkowie społeczeństwa obywatelskiego jednoczą się, by zasygnalizować chęć działania w konkretnej sprawie, to znaczy, że ta sprawa istnieje. Jeśli zaś politycy udają, że jej nie zauważają, to mogą zwyczajnie strzelać sobie w stopę. W końcu, czy warto oddać głos na kogoś, kto nie rozumie i raczej nie stara się zrozumieć istotnych dla nas kwestii? Odpowiedź myślę, że nasuwa się sama.
Niezależność istnieje
Społeczności internetowe skupione są wokół wielu różnorodnych kwestii, mniej lub bardziej istotnych dla funkcjonowania państwa i społeczeństwa w realnym wymiarze. Pojawiają się jednak oddolne inicjatywy, wykazujące tendencje do realizacji ról, znanych z praktyki działania zbiorowości opisywanych kategoriami charakterystycznymi dla społeczeństwa obywatelskiego w przestrzeni publicznej. Ich cechą charakterystyczną jest prawdopodobny brak powiązania z koncernami medialnymi, jak również innego rodzaju instytucjami, o charakterze korporacyjnym lub też związanym z władzą państwową. Mówiąc w skrócie – są niezależne.
Kilka razy jednym głosem
Jednym z nich jest serwis społecznościowy www.jednymglosem.pl. Uruchamiając witrynę w przeglądarce, w jej górnej belce możemy zauważyć następujący komunikat: “Politycy są wśród nas – czas ich w końcu wybrać!”. Slogan, choć niezbyt zgrabny, jest jednak dosyć odważny. Sugeruje, że społeczność skupiona wokół jednymglosem.pl, prędzej, czy później, efekty działań online, będzie starała przełożyć się na realną rzeczywistość. Jak na razie wydaje się, że dość szybko to nie nastąpi.
W serwisie toczy się kilka dyskusji na tematy polityczne, są podejmowane próby wdrażania różnorodnych inicjatyw, jest kilku blogerów, którzy starają się lansować swoje opinie. Patrząc jednak pod kątem siły przebicia, nie wydaje się by była ona kiedykolwiek na tyle duża, by móc realnie coś zdziałać. W samym obrębie społeczności jednymglosem.pl istnieją różnorodne mikropodziały, znane zresztą z polityki na co dzień (np. konserwatyści vs liberałowie). Występowanie takich oraz podobnych zjawisk pozwala wnioskować, żeraczej tego typu pomysł nie stanie się w przyszłości alternatywą dla NGO’s czy też partii politycznych.
Z naszej klasy do naszego parlamentu
Kolejną projektem mogącym realizować przedsięwzięcia noszące znamiona społeczeństwa obywatelskiego jest www.nasz-parlament.pl. Nazwa nieodzownie kojarzy się z Nasza-Klasa.pl, czyli serwisem, którego nikomu w Polsce przedstawiać chyba nie trzeba. Z nasz-parlament.pl jest jednak trochę inaczej. Serwis jak do tej pory nie zdobył niestety oszałamiającej popularności, co oczywiście tłumaczyć można na wiele różnych sposobów. Pytanie jednak, czy w przyszłości może to ulec zmianie?
eee…-poseł?
Nasz-parlament.pl, jak sama nazwa wskazuje, stara się wdrażać idee uczestnictwa i aktywności obywatelskiej poprzez występowanie w roli e-posła w wirtualnym parlamencie. Jak dotąd pomysł nie do końca został podchwycony przez internautów.
Ciekawszą i skuteczniejszą formą wzbudzenia ich zainteresowania była możliwość zadawania konkretnych pytań do części polityków, biorących udział w niedawnej eurokampanii. Co ciekawe, kilku z nich (m.in. Stanisław Rakoczy, Jerzy Szmajdziński, Janusz Zemke) udzieliło odpowiedzi na interesujące internautów kwestie, co w obliczu niewielkiego zainteresowania polskiej elity politycznej opiniami i postawami internautów, należy uznać za pozytwną oznakę.
Być może nasz-parlament.pl dysponuje rzeczywiście potencjałem do stworzenia społeczności skupiającej w sobie z jednej strony obywateli, a z drugiej część polityków, skłonnych do dialogu z wyborcami. Być może nie oznacza od razu jednak, że tak.
Sejm pod lupą
Kolejnym projektem, który wydaje się być jeszcze we wstępnej fazie rozwoju jest www.sejmometr.pl. To serwis typu “watch dog”, starający się realizować idee obywatelskiej kontroli wyborców nad reprezentującymi ich posłami. Pomysł nie wydaje się nowy, aczkolwiek odpowiednio wykorzystany, mógłby okazać się w miarę przydatnym narzędziem dla obywateli stojących przed dylematem na kogo mają znów zagłosować. Problem jednak tkwi w tym, że duża część polskiego społeczeństwa takiego dylematu po prostu nie zna. Jak widać, przekłada się to wyraźnie na zachowania i aktywność w sieci.
W społeczności jak w społeczeństwie?
Powyższe przykłady można z punktu widzenia społeczeństwa obywatelskiego, angażującego się aktywnie w życie publiczne, można rozpatrywać zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Fakt faktem, coś się dzieje. Z drugiej strony nie widać jednak większej aktywności, wskazującej na możliwość wystąpienia zmiany jakościowej w życiu społecznym i politycznym, wywołanej przez te oraz podobne zjawiska. Myślę więc, że sprawa aktywności obywatelskiej i tworzenia struktur społeczeństwa obywatelskiego w kontekście wirtualnych społeczności, może wyglądać inaczej, lecz jeśli przedmiotem podobnej analizy staną się makrozbiorowości funkcjonujące online, np. Facebook, Goldenline, czy nawet Nasza-Klasa.pl.
Społeczeństwo obywatelskie jest w pewnym sensie tworzone przez grupy
wyspecjalizowane, np. ekspertów działających w NGO’s, w znacznej mierze jednak składa się ze zwykłych ludzi. Większość z nich zaś woli być tam, gdzie wszyscy, a nie tam, gdzie nieliczni. Trzeba im się będzie więc dokładnie przyjrzeć. Społeczeństwo obywatelskie w Polsce natomiast nadal powinno się sukcesywnie budować, byle nie w tempie podobnym do autostrad.
Niemcy sie juz nad tym od dluzszego czasu zastanawiaja
http://www.scholar-online.pl/viewpage.php?page_id=25&c_start=830#c11641
w Wielkiej Brytanii i w Stanach takie strony genialnie szaleją.
np. http://www.theyworkforyou.com/
i to co robi http://www.mysociety.org/
i wszystko to, co robi Sunlight Foundation http://www.sunlightfoundation.com/
najbardziej na takich stronach brakuje mi jasności kto i po co ją stworzył. Obi te fundacje bardzo jasno i konsekwentnie pracują na swoją wiarygodność. A taki np. sejmometr, mimo że ciekawie pomyślany, od razu budzi wątpliwości.
Przychodzi mi do głowy jeszcze idea tzw. “smart votingu”. tego sporo było w trakcie ostatnich wyborów. http://www.kandydaci2009.pl latarnik wyborczy i kilka innych.
ciekawie ten temat pod kątem co rządzący mogą robić był ostatnio na blogu: http://stempniaked.blogspot.com/2009/06/twoj-rzad-na-twitterze-i-facebooku-yes.html
dzięki za ciekawy post
Faktem jest że sam pomysł “smart votingu” zaistniał szeroko podczas ostatnich wyborów (jak i jego pochodna). Pytanie na ile się sprawdził? Przeglądałem troszkę ankiety wypełnione w serwisie Kandydaci 2009 i idealny przykład: kandydat Mariusz Ciszak, jak się ma kontaktować z wyborcami, oczywiście odznaczone Poprzez prowadzenie strony internetowej” a jaki efekt: http://www.mariuszciszak.pl/ wystarczy kliknąć. Brakowało mi trochę zintensyfikowania akcji zachęcającej do pójścia do wyborów w czasie ciszy wyborczej czyli w najbardziej newralgicznych dniach. O tym jak np.: urzędy Państwowe mogą wykorzystywać sieć z przykładami pisaliśmy także i na naszym blogu.
nie zgodzę się, że zaistniał szeroko, zaistniał najwyżej “odrobinę szerzej” bo nawet ludzie mocno “zinternetyzowani” albo nie wiedzieli gdzie tego szukać, albo wręcz nie wiedzieli, że coś takiego istnieje. Bardzo słaba reklama i niekoniecznie porządne wykonanie (każdej stronie można np. zarzucić problemy językowe czy niewyczerpujące odpowiedzi na pytania), a już w ogóle łaska kandydatów, żeby formularz wypełnić – śmiech na sali, choć dla mnie jest to znak, na ile kandydaci i kandydatki szanują mnie – osobę wybierającą.
Może źle sprecyzowałem, “szeroko” w porównaniu do tego co mięliśmy wcześniej. Co do ludzi “mocno zinternetyzowani” trudno powiedzieć. Jak dla mnie i dla znajomych nie było żadnych problemów, ale to żaden wskaźnik. Tutaj potrzeba badań jak to się przełożyło na wiedzę o tym wśród internautów. Co do reszty myślę że się zgadzamy. Przykład podałem a takich kwiatków jest o wiele więcej.