Wyszukiwarka Google jest w każdym komputerze, a ponad dwa miliardy członków Facebooka – sieci społecznościowej, łączą ze sobą wszystkie zakątki świata. Te dwie olbrzymie firmy technologiczne to wirtualny monopol i filtr tego co widzimy, czytamy i podajemy dalej.

Google – redaktor naczelny świata

Przez Google zbankrutowało wiele redakcji. Częściowo firmy te upadły, ponieważ nie mogły już konkurować z bezpłatną reklamą ofert pracy czy innymi usługami. Ale podwójnym zaskoczeniem dla świata dziennikarstwa było to, że te publikacje nie otrzymały żadnych opłat licencyjnych od Google i innych wyszukiwarek i sieci społecznościowych, takich jak Facebook, które korzystały z ich treści swobodnie i często w celu przyciągnięcia nowych użytkowników, aby mogli sprzedawać swoje reklamy za pomocą AdSense. Prawa autorskie zostały nagle i otwarcie uznane za nieważne.

Wiele artykułów, mimo swej wysokiej jakości, powoduje problemy, ponieważ nie są tym, czego oczekuje Google. I chociaż ich autorzy starają się zachować zgodność z wytycznymi Google, które obejmują pewną liczbę słów kluczowych i linki do innych artykułów, to z czasem przekonują się, że firma ma również wytyczne dotyczące poglądów… politycznych.

Żaden redaktor nie otrzymał tego na piśmie ani nie powiedziano mu konkretnie, dlaczego nie podobał im się konkretny artykuł. Stało się to oczywiste, ponieważ za każdym razem, gdy ktoś wysyła artykuł faworyzujący jakiegoś konserwatywnego kandydata lub polityka, jest on ostatecznie odrzucany. Nawiasem mówiąc, redaktorzy nie otrzymują zapłaty, jeśli ich prace nie zostaną zaakceptowane.

Google i Facebook pośrednio kontrolują niezależne witryny

Jeśli w artykułach wspomina się o określonych słowach lub wyrażeniach, Google z trudem indeksuje artykuł. W rzeczywistości może w ogóle nie indeksować tego artykułu, co oznacza, że nikt go nigdy nie zobaczy, chyba że odwiedzi daną stronę i przejrzy jej archiwa.

Ponadto, kilka razy w roku, a czasem częściej, Google zmienia algorytmy wyszukiwarek. Zawsze jest tajemnicą, dlaczego to robi i jak. Tłumaczy to tym, że celem firmy jest zapewnienie klientom wyszukiwania najwyższej jakości treści. Jednak można zaobserwować, jak jakość treści Google spada. Ledwo można czytać artykuły w Google, ponieważ wiele z nich jest wypełnionych reklamami, wyskakującymi oknami i filmami, które uruchamiają się automatycznie.

Większość pisanych dziś artykułów sprzyja w większości jednej ze stron spektrum politycznego lub są to sensacyjne artykuły, za które płacono. W dzisiejszych czasach w Google naprawdę trudno jest znaleźć prawdziwe informacje. Nic dziwnego, że termin „Fake News” nabrał tak potężnego znaczenia.

Chociaż Google mówi wiele o promowaniu wysokiej jakości treści, to firma naprawdę jest zainteresowana tylko płatnymi treściami, lub jest zainteresowana treściami, które pasują do jej z góry faworyzowanych poglądów politycznych, czy treściami, które atakują jej wrogów politycznych lub konkurencję.

Facebook? Jeszcze nie tak rażąco…

Z drugiej strony Facebook nie jest jeszcze tak bezpośredni jak Google, jeśli chodzi o banowanie lub ukrywanie treści, na których mu nie zależy.

Jednak ostatnio Facebook polega na botach sztucznej inteligencji, które kwestionują zasadność publikacji wielu postów. To pozwala je ukryć lub po prostu usunąć. Wielu redaktorów musi wysyłać wiadomości do Facebooka z powiadomieniami, że ich posty nie są spamem. Czasami platforma dziękuje za takie maile i ponownie publikuje odrzucone posty.

Biorąc pod uwagę, że często post jest tylko fragmentem artykułu z linkiem do witryny, można uważać definicję spamu na Facebooku za intrygującą.

To, jak wielkie koncerny filtrują wiadomości, będzie na pewno miało wpływa na społeczeństwo informacyjne w przyszłości.