Dziś treści w social media nie muszą mieć większego sensu, by tworzyć duże zaangażowanie. YouTube to portal, który został zaprojektowany tak, aby przyciągać uwagę ludzi. Czasami wchodzimy tam tylko po to, by obejrzeć jedną rzecz, ale potem kolejny z powiązanych filmów przykuwa naszą uwagę. Oglądamy jeden, drugi i trzeci, a wkrótce pięciominutowa wizyta przeciąga się.

Jeśli jest to pół godziny zwiastunów filmowych czy muzyki, to po prostu oddajemy się przyjemności. Ale co, jeśli podążymy za dziwacznym filmem konspiracyjnym? Skojarzenia na YouTube mają na celu sprawienie, że klikamy i klikamy bez końca, oglądając kolejne i kolejne materiały. Zamienia się to w mechanizm indoktrynacji.

Fałsz zalewa sieć

Fałszywe teorie spiskowe, którymi zalana jest sieć, mogą bez wątpienia zwodzić społeczeństwo. Ale negatywny wpływ mediów społecznościowych na procesy polityczne nie jest tylko kwestią treści, który obejmuje celową dezinformację i mowę nienawiści skierowaną przeciwko grupom etnicznym czy religijnym. Problem jest wbudowany w strukturę tych cyfrowych rozwiązań, z których każdego dnia korzystamy.

Propaganda nie jest niczym nowym. Pojawia się w broszurach, książkach i gazetach praktycznie od czasu wynalezienia druku. Ale media społecznościowe wydają się szczególnie podatne na szerzenie dezinformacji. To dlatego, że angażują widzów masowo, szybko, łatwo i w sposób, który nazywa się „przepływem”. To “flow” koncentruje się na zatrzymywaniu uwagi użytkownika, który przechodzi od jednego elementu do drugiego, w sposób powtarzalny, w poszukiwaniu zadowolenia z aktu konsumpcji produktu wizualnego i dźwiękowego przy jednoczesnym braku realnego angażowania się w jego treść.

Kiedy platformy takie jak Facebook, Twitter czy YouTube są używane do przesyłania treści politycznych, tworzą ich nadmiar powodując, że wszystko to jest dla nas niemożliwe do przeczytania. Czyni to te media zagrożeniem dla spójnego dyskursu politycznego, z jakim mieliśmy do czynienia jeszcze kilka lat temu, gdy internet nie był aż tak rozwinięty.

Motywacją są pieniądze

Motywacja jest tutaj oczywista: Facebook, Twitter i Instagram zarabiają wtedy, gdy zamiast sprawdzić to, co nas interesuje i odłożyć telefon, zatrzymujemy się, aby zobaczyć więcej i więcej… przewijać “feed” bez końca. Social media uzależniają. Stały się główną platformą wymiany treści o charakterze politycznym. Zarówno mainstreamowi politycy, jak i grupy ekstremistyczne używają Facebooka i Twittera do rozpowszechniania swoich treści, a lawinowy przepływ treści (“flow”) zamyka nas w niekończących się strumieniach tekstu, obrazów i filmów wpływających na nasze poglądy.

Wpisy na blogu i artykuły w gazetach nie są z kolei tzw. mediami przepływowymi. Są cyfrowym rozszerzeniem mediów, które znamy z XIX i XX wieku. Czytelnicy mogą mieć możliwość skomentowania artykułu. Nawet oficjalne wiadomości i komentarze często rozmywają się w gąszczu innych, na przykład gdy ludzie publikują odpowiedzi na pytania w mediach społecznościowych na temat artykułów, których nawet nie czytali, np. w oparciu o sam nagłówek.