Wpływ na wybory czy wprost obalenie demokracji okazuje się dość łatwe – wystarczy połączenie z Internetem i… brak skrupułów. Najwięcej wciąż można zdziałać w mediach społecznościowych, które rzekomo walczą z dezinformacją najbardziej.

Wybory prezydenckie w USA stały się czymś surrealistycznym dzięki hackowaniu rejestrów wyborczych na Florydzie, w Arizonie i Illinois oraz wrażliwości elektronicznych urządzeń do głosowania. Wspólnym mianownikiem tych działań była Rosja, którą USA publicznie za to obwinia do dziś. Kreml w swoich działaniach i retoryce – do czego przywykliśmy – jest bezczelny.

Sam Putin powiedział: „Wszyscy pytają o to, kto to zrobił, ale czy to jest ważne? Najważniejsze są informacje w zhackowanych plikach”.

Hackowanie najbardziej niebezpieczne?

Rosja prawdopodobnie nie podejmie próby pomocy Trumpowi w wygraniu kolejnych wyborów. Jednak dezinformacja i wprost oszukiwanie elektoratu w sieci podważa zaufanie i wiarygodność wyborów oraz całego kraju. Niestety, ale to fakt – współczesna technologia jest dziś znacznie silniejsza niż kiedyś, a nawet o wiele bardziej szkodliwa.

Nieważne czy chodzi o referendum w Unii Europejskiej, czy wybory prezydenckie w USA. Zwolennicy każdej strony sporu politycznego rozmawiają tylko ze sobą, fałszywe wiadomości szybko się rozprzestrzeniają, a wszystko to rozrzucane jest online bez żadnej odpowiedzialności.

Wybory w social media

Weźmy za przykład portal Facebook. Platforma pozwala reklamodawcom atakować użytkowników w bardzo irytujący sposób. Grupy polityczne mogą wykorzystać to w celu mikrotargetowania treści kampanijnych. Różnica polega na tym, że w przeciwieństwie do transmisji telewizyjnej lub plakatu na płocie, użytkownicy mogą nie zdawać sobie sprawy, że widzą reklamę. I o to w tym chodzi.

ZOBACZ TAKŻE: Mikrotargetowanie, dezinformacja i wybory w UK

Dotyczy to jednak każdej platformy social media, która wyświetla reklamy w czasie rzeczywistym (również reklamy Google). I jest całkowicie możliwe, że inne państwo może zastosować te same techniki, aby atakować zagranicznych wyborców i realnie, za niewielkie kwoty, wpłynąć na procesy demokratyczne po drugiej stronie globu.

  Chiny płaciły Twitterowi za reklamy skierowane przeciwko protestującym w Hongkongu

To nie są spekulacje. „Dzieje się to na całym świecie” – mówi Łukasz Olejnik, badacz prywatności. „Pojawia się interesująca sytuacja, w której prawnie zabrania się podejmowania takiej aktywności w dniu, w którym odbywają się wybory. Jenak określanie stawek w czasie rzeczywistym czy mikrotargetowane reklamy bez wątpienia są wykorzystywane do omijania takich przepisów” – dodaje.

Każde wybory od czasu wynalezienia Facebooka są określane jako wybory w mediach społecznościowych. Jednak minęło już dziesięć lat, a my nadal nie mamy właściwie żadnych klarownych zasad rządzących wyborami w tej przestrzeni.

Platformy takie jak Facebook, Google i Twitter jako międzynarodowi potentaci ponoszą jednak ogromną odpowiedzialność, o wiele większą niż by sobie tego życzyły. Ale by chronić demokrację, przedstawiciele tych koncernów powinni być najpierw lepszymi obywatelami, a jeśli nie są, to ustawodawcy powinni ich do tego zmusić.

Na podstawie publikacji portalu skynews.com